Wyjazd jako au pair - część I

Au pair (l.mn. aux pairs, z fr. „równy”, „w normie”) – program wymiany kulturowej, szczególnie popularny wśród młodzieży w Europie i Stanach Zjednoczonych. Idea programu au pair powstała w Europie i łączy w sobie cechy wymiany młodzieży i programu zatrudnienia cudzoziemców, przy czym szczególny nacisk położony jest na edukacyjny wymiar programu. Wymiana edukacyjno-kulturowa między au pair a rodziną goszczącą jest podstawowym założeniem programu; w wielu krajach na au pair nakłada się również obowiązek uczestnictwa w kursach językowych. Zgodnie z założeniami programu au pair, osoba przyjęta przez rodzinę goszczącą powinna na okres swego pobytu stać się członkiem rodziny, odpowiedzialnym za edukację i dobrostan dzieci. (źródło)


Dzień dobry! :) 

Powiem szczerze, że do napisania tego postu zabierałam się niezbyt chętnie. Przecież w czasie korona wirusa i pandemii nikt nie myśli o podróżowaniu. Dlatego właśnie stwierdziłam, że nie będę pisać tym razem o niczym, co związane z podróżowaniem. 

Pomyślałam sobie, że może dobrze by było napisać o mojej przygodzie jako au pair w Londynie, ponieważ wiecie... to była DUŻA sprawa. W końcu byłam w ukochanym mieście, poznałam cudownych ludzi i miałam przepotężną lekcje życia. 

No właśnie... i może od tej lekcji życia zacznijmy. Mój wyjazd jako au pair to było postawienie się wszelakim przeciwnościom losu, poważnie.  Rozkładając mój wyjazd na etapy i od razu przechodząc do etapu pierwszego - musiałam w siebie uwierzyć. Przeglądałam strony, oglądałam filmiki na YouTube i czytałam blogi osób, które przygodę z au pair przeżywają lub przeżywali. Z jednej strony byłam zachwycona, jednak z drugiej w mojej głowie kłebiły się myśli pokroju: "nie pchaj się tam", "nie dasz rady", "jesteś na to za młoda", "stanie Ci się krzywda". I to było naprawdę racjonalne podejście, ponieważ Londyn to niebezpieczne miasto, ale ja kochałam i kocham to miasto, dlatego głos rozsądku zdecydowanie przysłoniło serce, które cały czas powtarzało "spróbuj". No i spróbowałam. Pewnie nie zdziwi was, gdy powiem, że na początku nie było prosto. Pisałam z różnymi rodzinami, ale w każdej było "coś nie tak" albo to im we mnie coś nie pasowało. Jedyna rodzinka, która faktycznie mi się spodobała, miała kilka minusów, takich jak matka dzieciaków pracująca w domu, malutkie dzieciaczki (naprawdę malutkie, po kilka miesięcy), no i kawałek od Londynu. Z przykrością więc przyjęłam informację, że rodzinka jednak nie jest mną zainteresowana. Tego samego wieczoru wysłałam wiadomość na odpowiedniej stronie do jednej rodziny - składającej się z mamy i dwóch córeczek. Tym razem szukałam już rodzin, które mają ściśle określone, że żyją w Londynie. Wyobraźcie sobie, jakie było moje szczęście, gdy dostałam wiadomość zwrotną. Wystarczyły trzy dłuższe wiadomości i rozmowa na skype, żebym po kilku dniach dostała wiadomość, w której napisane było, że chętnie przywitają mnie w swoim domu jako au pair. Wtedy patrzyłam na to jak na jakiś cud, a z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że jedne drzwi się zamykają, żeby otworzyły się następne. 

Rodzinki nie szukałam długo. Zajęło mi to może 2 tygodnie. DWA długie tygodnie ciągłego szukania, gadania o tym i myślenia. Myślenia o życiu w moim ukochanym miejscu. Współczuję moim rodzicom, bo gadałam o tym non stop. Dzielne znosili, ale wiedziałam, że mieli już zwyczajnie dosyć. 

Podpisałam umowę (co było bardzo dla mnie ważne, jak i dla mojej przyszłej host mamy) i od maja chodziłam cały czas w skowronkach. Kupiłam bilety lotnicze i czekałam na 3 lipca jak dzieciaki w Boże Narodzenie na prezenty. Szykowałam się, kupowałam potrzebne rzeczy, nawet w pewnym momencie założyłam specjalnego instagrama (który koniec końców nie był zbyt często używany, byłam zbyt zajęta kochaniem Londynu) i nim się zorientowałam stałam na lotnisku im. Fryderyka Chopina w Warszawie. 

Okęcie za każdym razem jak na nim jestem jest tak samo ruchliwe i tak samo pełne życia. Brzmi oklepanie, ale to niesamowite - przyloty i odloty. 

Mój lot był opóźniony, więc z mamą, babcią i siostrą siedziałyśmy w Mcdonald's na lotnisku. Gdy nadeszła pora odprawiłam swój duży bagaż i stwierdziłam, że to jest właśnie ten czas. Czas, żeby lecieć. 

Pożegnania są dla mnie trudne i bolesne. Zawsze byłam niewyobrażalnie zżyta z rodziną, ale tym razem odchodziłam szczęśliwa. Jednak apogeum szczęścia nadeszło, gdy moje stopy dotknęły angielskiej ziemi. Ponieważ wiecie jak to jest być w najulubieńszym miejscu na świecie. 

Zamówiłam ubera, który zawiózł mnie pod mój nowy dom. Moja hostka wyszła przed dom i wyrzucała śmieci. Na początku mnie nie zauważyła, więc wzięłam walizkę i podeszłam do niej. I wiecie co? Przywitałam się, a ona mnie po prostu przytuliła. Po 20 minutach rozmowy wiedziałam, że poznałam najmilszą kobietę na świecie. Dosłownie. Bardzo uprzejma, miła i piękna kobieta.

Najpierw poznałam jej młodszą córkę - jesień. Autumn, mimo że na początku skryta, z czasem zaczęła się coraz bardziej otwierać. Pamiętam, jak bardzo przerażona byłam, że ich nie zrozumiem. Rozumiałam niemalże wszystko i nie chcę się tutaj przechwalać, raczej próbuje powiedzieć, że zamiast wątpić w siebie lepiej uwierzyć w swoje siły. Nawet jak jest źle, to najpierw musi być źle, żeby było dobrze. 

Jesień to piękna i szczupła blondyneczka z wielkimi niebieskimi oczami. Uwierzcie mi ISTNY aniołek, dopóki się z nią nie zostanie sam na sam, a szczególnie gdy w grę wchodziły zajęcia z języka mandaryńskiego - płakała całą drogę na nie, aż moja hostka zdecydowała się ją wypisać. 

Annabel, drugą dziewczynkę, odebraliśmy ze szkoły parę godzin później. Okazało się, że uwielbia serię książek Harry Potter autorswa J.K. Rowling i jest naprawdę inteligentna. Imponowało mi w niej, że jest bardzo angażującym rozmówcą - albo rozmawiasz z nią na 100%, albo wcale. Chodziła na wiele zajęć pozaszkolnych i UWIELBIAŁA czytać książki, dosłownie chodziła cały czas z książką w ręku. To było duże ułatwienie, ale czasem również utrudnienie, gdy młoda wchodziła na zjeżdzalnię tylko po to, by usiąść i czytać książkę, a inne dzieci burzyły się, że nie mogą zjechać. 

A co z Londynem? To tak, jakby to miasto cieszyło się, że przyleciałam. Pogoda była piękna. Słonko świeciło, a ja? Ja nie posiadałam się z radości. 








Komentarze

Popularne posty